Rzeczywistość medialna nauczyła nas ostatnio nowej definicji pojęcia ‘krytyka pryncypialna’. Otóż krytyką pryncypialną jest krytyka w imię zasad, bądź wartości, bez bliższej znajomości przedmiotu krytyki. Myśl wysnuwam na podstawie pilnej obserwacji medialnych dyskusji o powstającym (nie-powstającym) filmie „Tajemnica Westerplatte”, według scenariusza Pawła Chochlewa.

Charakterystyczne jest, że większość polemistów, po obu stronach barykady, przyznawała się dość uroczo do tego, że scenariusza po prostu nie czytała. Spór dotyczył więc pryncypiów: wolności twórczej i wolności słowa, granic ingerencji państwa w swobodę twórczą i pytania, kiedy nadmierna ingerencja zamienia się w cenzurę. Ciekawe, że polemiści uwieszając się pryncypiów, przyjmowali najczęściej za pewnik, że film jest, lub może być kompromitujący, nawet jeśli z całego serca opowiadali się za prawem twórców do jego realizacji.

Swoiste mistrzostwo na tym polu osiągnął red. Piotr Zaremba w zamieszczonym w Dzienniku komentarzu pt. „Unikanie kompromitacji trudno nazwać cenzurą”. Mój ulubiony komentator polityczny posunął się przy tym do dialektycznej szarży; z jednej strony napisał co w tytule (i potem w tekście), a następnie wyznał, iż nie przesądza, „…że scenariusz Pawła Chochlewa przyniósłby taką kompromitację”. Ten ostatni pasus to pewnie nic innego, jak mrugnięcie okiem; wiecie, nie czytałem, więc nie przesądzam, ale to, że nie czytałem, nie zmienia specjalnie mojego poglądu w tej sprawie. Brawa dla autora! Ma absolutną rację w swojej poincie, że „ciekawie się ogląda ważne społecznie debaty, choćby z udziałem polityków, ale na konkretny temat.”

Niestety prawda ta odnosi się także do publicystyki pisanej. A może odnosić powinna się w jeszcze większym stopniu? Może mniej byłoby wtedy w naszym gadaniu pryncypialności, a więcej treści. Ja scenariusz filmu Chochlewa przeczytałem uważnie i mimo, że nie sądzę iżby było to dzieło epickie na miarę „Wojny i pokoju”, pragnę zaręczyć, że „Tajemnica Westerplatte” to dobry kawał roboty scenariopisarskiej, której efektem mógłby być niezły film wojenny. Bo „Tajemnice” to nie traktat moralny, nie rozliczanie narodowych mitów, ale odpowiednio wyważone dziełko, które prócz niezłych scen bitewnych, poprawnie rysuje zarówno osoby dramatu, jak i główną oś sporu historyków.